Od niego się zaczęło, pierwszy aparat fotograficzny dziadka.
Ech...
Kiedyś to były czasy. Miałeś w aparacie film z 36 klatkami, robiłeś zdjęcia na wyczucie, bo kto miał czas na użycie światłomierza (o ile go miałeś). Potem, jak udało ci się kupić odczynniki co nie było wcale łatwe, wywoływałeś film w koreksie. Przelewałeś wywoływacz, czekałeś, potem utrwalacz, czekałeś, płukałeś i suszyłeś (za każdym razem dbając o odpowiednią temperaturę). Czas i woda płynęły obficie, ale wolno. Podziwiałeś swoje dzieło z myślą, dlaczego nie zmieniłem trochę przesłony, a może byłoby lepsze. Ten kadr, hmm, to się poprawi na powiększalniku.
"Do fotografii potrzeba dużo wody, czasu i pieniedzy"
Myśli wybrane, Leon P.
Można przystąpić do naświetlnia odbitek. Zaciemnienie, czerwone światło, powiększalnik, zegar ciemniowy. Ustawienia, ostrość, papier do maskownicy... błysk i do kuwety z wywoływaczem. Czekamy, z mgły wyłania się obrazek. Teraz jeszcze musi nabrać szczegółów w odpowiednim czasie. I do utrwalacza. Płuczemy i suszymy.
Fotka gotowa!
Nie tam jakieś telefony, co to trzaskają setki zdjęć, same ustalają najlepsze parametry, robią korekty, a potem i tak dodajesz filtry, bajery i jesteś gość.




